|
Witamy, 13 lutego 2010 graliśmy koncert w pubo-kawiarni „MASZYNOWNIA” (ul Chłodna 34, Warszawa). Chcielibyśmy szczerze ODRADZIĆ wszystkim zespołom kontakty z tym miejscem i jego szefostwem/ managerem. Oto krótki opis całego zdarzenia. Umówiliśmy się na zagranie koncertu, pieniądze mieliśmy otrzymać „za bilety”. Na stronie www tegoż przybytku napisano wyraźnie „Bilet 5 zł + piwo free”. Niczego nie przeczuwając stawiamy się o umówionej godzinie w klubie i rozstawiamy sprzęt , gdy nagle pan (właściciel? Tamtejszy guru?) radośnie pyta czy mamy wydrukowane bilety i kogo stawiamy na bramce. Lekko nas to zszokowało, bo żadnych ustaleń tego typu nie było i wydaje nam się logiczne, że takimi sprawami zajmuje się organizator (tym bardziej, że na stronie umieścił informację, iż piwo z biletem jest za darmo – to jak sobie wybrażał jego dystrybucje przez nas?). W każdym razie sprawa biletowania nie została wyjaśniona, a że czas naglił i publika napływała, zaczęliśmy grać – głupio było się w takim momencie wycofać. Nadmienić należy, że zapytany o darmowe piwo dla zespołu pan też raczył spytać „a jak było ustalane?”, tak jakby takie sprawy były ustalane na piśmie – a wiecie jak zazwyczaj jest z „piwkami” dla zespołu – są rzeczą naturalną. Koniec końców zagraliśmy dwugodzinny koncert dla publiki, którą w 80 % sami przyprowadziliśmy. Około 30 – 35 osób to ludzie zaproszeni przez nas, którzy oczywiście nie żałowali pieniędzy w barze. Budżet przybytku dobrze na tym wyszedł. Problem pojawił się w momencie, gdy po koncercie podeszliśmy do Wielkiego Szefa, który stał akurat za barem i nalewał piwo (swoją drogą rozwodnione okrutnie) . Wymyśliliśmy sobie bowiem, we własnej naiwności, że skoro sprawa z biletami była nieporozumieniem, to może jednak dogadamy się i podaruje nam skromną kwotę choćby na koszty transportu (nadmienić trzeba, że sprzętu zwieźliśmy naprawdę sporo, gdyż klub nie posiada żadnego sprzętu nagłośnieniowego dla zespołów rockowych, nie wspominając o jakiejkolwiek scenie i dobrej akustyce). I tu zaczęły się dziać ciekawe rzeczy. Pan Wielki Manager, mimo przedstawienia faktów, że jednak zagraliśmy naprawdę dobry, świetnie przyjęty przez publiczność koncert, przyprowadziliśmy kilkadziesiąt osób do jego tancbudy i jesteśmy chętni zagrać kolejne koncerty (co pomnożyłoby jego zysk n-razy) stwierdził, że takie prośby to dziecinada, że jesteśmy niedojrzali, bo on wcale nie organizował tego koncertu, tylko użyczył sali, a tak naprawdę to my możemy grać dla idei (no to niech idea kupi i wozi sprzęt ;) i tym podobne mądrości ludowe. Taka nagła i agresywna reakcja (agresywna w sposób psychopatyczny, bo człowiek mówiąc te słowa miał cały czas kamienny wyraz twarzy) bardzo nas zdziwiła, bo przecież nic złego nie powiedzieliśmy. Ot, zasugerowaliśmy że fajnie by było jakby położył tą „stówkę” - on nie zbiednieje, a my nie będziemy mieli poczucia straty. Ale nie! Facet po prostu się zaperzył i stwierdził, że on nas żegna i naszych koncertów nie chce. Z założenia kulturalna wymiana zdań (którą powinien przeprowadzić z nami na osobności, a nie zza baru przy muzyce i klientach) przerodziła się niemal w pyskówkę, w której pan „manager” (26 lat i ego pozwalające nazwać się „bogiem tego miejsca) bił rekordy chamstwa i prostactwa, stawiając się jednocześnie za wzór („bo ja też czasem pracuje za darmo”). Obiecaliśmy zatem nigdy nie wracać i zamieścić informacje o tym zdarzeniu w Internecie. Mamy nadzieję, że zespoły szukające miejsc do koncertowania będą szerokim łukiem omijać klub „Maszynownia”. Jeśli dzięki temu wpisowi przynajmniej jeden zespoł zrezygnuje z pomysłu grania tam i nie przyprowadzi swoich znajomych, będziemy bardzo zadowoleni. Podkreślamy, tu nie chodzi o pieniądze (nie zakładaliśmy, że zarobimy kokosy – graliśmy w tym składzie pierwszy koncert i raczej chodziło nam o eksperyment i dobrą zabawę, ale także oczywiście pewne wynagrodzenie ze strony organizatora (choć z tej funkcji on sam się potem rakiem wycofał)).. Chodzi o chamstwo i sposób załatwiania spraw przez osobnika, który tam urzęduje. Naprawdę nic by go nie kosztowała rozmowa z nami i dojście do kompromisu. Zaperzył się jednak okrutnie, co najmniej tak jakbyśmy obrazili jego matkę – uwaga: tylko przez to, że ŚMIALIŚMY rozpocząć z nim rozmowę na ten temat. W skrócie, żenujące zachowanie, brak profesjonalizmu i MYŚLENIA ( 2 sekundy zajęłoby normalnemu człowiekowi pomyślenie o korzyściach jakie przyniesie zadowolony zespół i potencjalnych stratach jakie przyniesie zespół niezadowolony. Zadowolony vs. niezadowolony klient – to podstawy marketingu, więc jakim cudem ten człowiek prowadzi w ogóle jakikolwiek biznes? Kto go tam wpuścił?). W dwóch słowach – nie polecamy! Pozdrowienia, zespół Pantheon.
|
|